Krótka historia pasieki. Część 2

Ten tekst będzie dotyczył podsumowania sezonu 2017, 2018 i początku 2019. Aby mieć cały obraz proponuję zapoznać się z pierwszą częścią historii pasieki tutaj. Nie jest to jednak koniecznie.

Robotnica cała w pyłku wiosennym
Jak wynikało z poprzedniej części podsumowania, po kolejnym (drugim) załamaniu pasieki na przedwiośniu 2017 roku, postanowiłem wziąć się solidnie do pracy nad sprowadzeniem lepszego materiału do selekcji. Lepszego to znaczy takiego, który zapewni małej pasiece samowystarczalność, nawet w przypadku wąskiego gardła selekcji i pozwoli ją utrzymać, co najwyżej z lekką pomocą. Innymi słowy pozwoli uniknąć upadku pasieki, gdzie zostaną 1-2 rodziny będące prawdopodobnie dziełem przypadku lub czynników innych niż systemowa selekcja. Ewentualnie zostaną słabiaki czy zdechlaki, z którymi nic nie da się zrobić, co też jest niepomyślne.

W sezonie 2017 sprowadziłem do pasieki różne geny. Z jednej strony, różne matki z hodowli zachowawczych podgatunku rodzimej pszczoły AMM. Z drugiej, obiecujący materiał w postaci 3 ramek z różnych uli w tym AMM od kolegi, który już z pewnymi sukcesami prowadzi w Polsce pasiekę bez leczenia. Z trzeciej, z mojego ula Warre stacjonującego w lesie z minimalizacją ingerencji, który jako jedyny przeżył zimę 2017/2018 wyhodowałem kilka matek dla rozmnożenia genów. Rodzinę tę nazywałem Surwiwalówką. Dzięki uprzejmości kolegi została zbadana morfometrycznie. Wyszło, że w większości też należy do typu AMM. Wybiegając nieco w czasie, niedawno inny kolega przesłał mi wyniki badania genetycznego z różnych moich zimowych osypów z 2018 roku, z którego wynika, że miałem na pasiece głównie dwie haplogrupy mitochondrialnego DNA (czyli dziedziczonego tylko po samicy) należące do AMM oraz jedną rodzinę należącą do AMC (do której należą pszczoły podgatunków m.in. ligustica lub carnica).

Z dwóch zakupionych pakietów, jednego zsypańca oraz trzech ramek z jajeczkami i pszczołami, które przywiozłem od kolegi, zazimowałem w 2017 roku 12 rodzin pszczelich. Kolejno geny po matce wchodzące w skład tych rodzin to: trzy rodziny z materiału od kolegi z pasieki (który od kilku lat selekcjonuje pszczoły bez zwalczania dręcza pszczelego), dwie rodziny Kampinoskiej AMM od p. Dawida Lutza (który jak twierdzi, nie używa od lat żadnych środków parazytobójczych, a posiłkuje się tylko corocznym „zrzutem na węzę”), jedna rodzina Augustowska AMM, jedna rodzina Asta AMM, jedna rodzina Dobra AMC oraz wreszcie trzy córki Surwiwalówki.

O dziwo zimowlę 2017/2018 przeżyło 100% rodzin. Rodziny poza Surwiwalówką (stacjonującą samotnie w lesie) rozwijały się szybko i ładnie. Z gniazda biło gorąco od rozwijającego się szybko czerwiu. Taki widok i dźwięk to sama radość dla pszczelarza. W sezonie 2018 z mniejszej części rodzin pobrałem trochę miodu (powiedzmy, że to były rodziny produkcyjne, ale to zbyt poważnie brzmi ;) ). Z większej części rodzin zrobiłem odkłady na selekcję. Jedną rodzinę traktowałem jako pomocniczą do odkładów (jeżeli gdzieś brakowało mi czerwiu, to jej zabierałem). Dodatkowo zasiedliłem w pewnym momencie nawet 5 własnoręcznie zrobionych ulików weselnych na ramki nadstawkowe WZ. Rozmnożyłem więc wszystkie geny z pasieki, bo albo rodziny dzieliłem na odkłady, albo pobierałem z nich materiał do hodowli matek. Poza tym swoboda zabudowy trutowej umożliwiała wszystkim rodzinom przekazanie swoich genów przez stronę ojcowską. Udana wiosna pod kątem nektarowym i ciepła pogoda sprawiła, że miałem nawet nadwyżkę odkładów i matek unasiennionych, których nie mogłem zagospodarować w ulach. Miałem dwie swoje rójki. Jedną złapałem, a druga uciekła.

Problemy zaczęły się w drugiej połowie lata. Stare, zeszłoroczne rodziny zaczęły słabnąć. Zauważyłem trutnie porażone warrozą i wirusem zdeformowanych skrzydeł (DWV). Główny impet produkcji trutni zwykle przypada właśnie na drugą część wiosny. Latem produkcja trutni przez rodzinę maleje. Rekonstruując możliwy scenariusz z przeszłości, aktualnie jestem zdania, że warroza z trutni, których produkcja spadała, zaczęła masowo przechodzić na robotnice. Finalnie do drugiej połowy września z dwunastu zeszłorocznych rodzin zostały mi dwie, plus jedna Surwiwalówka w lesie. Pocieszałem się, że narobiłem jednak sporo odkładów, które wciąż żyły. Część rodzin postanowiłem przeleczyć, aby zdywersyfikować ryzyko upadku pasieki. Czas pokazał, że nawet dla odkładów było już za późno. To znaczy porażenie osiągnęło wysoki poziom i do zimy poszła młoda pszczoła osłabiona pasożytami i wirusami. Moim zdaniem śmiercionośna presja dręcza pszczelego i wirusów istniała nadal w tych leczonych odkładach. Ostatecznie zazimowałem 15 pni. 6 interwencyjnie przeleczonych, w tym 2 stare rodziny i 4 odkłady oraz 9 nieleczonych w tym 8 odkładów i 1 stara Surwiwalówka (która wchodziła w 3 zimę prowadzona na sposób minimalistyczny tzw. hands-off).

Żłobek pszczeli z odkładami wiosną.
Do przedwiośnia 2019, czyli pierwszych tzw. wiosennych oblotów pod koniec lutego, dotrwały 4 żywe rodziny. Jedna rozwijająca się normalnie. Druga to tak zwany słabiak, któremu dawałem niewielkie szanse. Pozostałe dwa to zdechlaki, którym nie dawałem szans do „przebicia” się do maja. Jeden z nich pochodził z odkładów nieleczonych. Według mnie najmniej przyjazny okres dla słabiaków, to nawracające zimne noce i dni wczesną wiosną, do czasu wychowania pierwszych młodych zbieraczek. Wtedy słaba rodzina z osłabionymi starymi robotnicami może się jeszcze skurczyć. A to może się skończyć dla niej najgorzej. Ciekawostką jest fakt, że wszystkie rodziny jakie mi przeżyły zaczęły czerwić w dzień pierwszego oblotu. Przejrzałem je wtedy i widziałem tylko jednodniowe jajka. Ścieśniłem im gniazda maksymalnie. Dobrze dociepliłem. Ramki z pokarmem dałem za zatwory i każdej dałem ciasto białkowo-tłuszczowe z witaminami. Pomimo że zdechlaki zajmowały 1-2 uliczki i kłęby maksymalnie wielkości pięści dożyły do maja. Normalnie rozwijającą się rodziną jest rodzina z matką Astą z 2017 roku. Na początku maja zaczęła wychowywać trutnie i podejrzewam, że około połowy maja będę mógł z niej wykonać pierwsze małe odkłady. W innej rodzinie, która przeżyła, a była przeleczonym składakiem z rodzin weselnych z odratowaną matką z rodziny w stanie agonalnym, zimowały dwie matki. Połączone robotnice bowiem wychowały sobie we wrześniu matkę z cichej wymiany. Dwie matki żyły obok siebie do kwietnia 2019 roku, czyli pół roku. W tej rodzinie pojawił się czerw garbaty. Podejrzewam, że albo nowa matka jest trutówką, albo stara już strutowiała. Jako, że zabiły starą, którą odnalazłem martwą (wiem to dzięki opalitkowi) to mam nadzieję, że to ona strutowiała pod koniec jej życia. Podsumowując wszystkie 4 rodziny, które w różnym stanie przetrwały do pierwszego oblotu 2019 roku, przeżyły do maja.

Górny korpus po martwej surwiwalówce.
Widać jak niewielki był kłąb zimowy.
Dookoła pełno pokarmu.
Niestety najdłużej żyjąca u mnie samotnie w lesie rodzina, czyli Surwiwalówka, nie przeżyła swojej trzeciej zimowli. Pośmiertne oględziny wskazują, że padła na jesieni wraz nadejściem chłodnych dni z powodu wychłodzenia zbyt małego kłębu. Przyczyną tego były, według mnie, odroczone w porównaniu do reszty (z powodu samotnego bytowania w lesie) następstwa porażenia warrozą i chorobami nią wywołanymi. Czyli wypszczeliła się tuż przed zimowlą. Nie dała prawdopodobnie żadnej rójki w ciągu swojego życia na tym pasieczysku. Wszystkie jej 3 hodowane córki także nie żyją. Fakt, u kolegi przetrwały jakieś jej wnuczki i prawnuczki, ale nie przywiązuję się do nich specjalnie, jako do bardziej wartościowych genów pod kątem selekcji na odporność, czy tolerancję na pasożyta.

Dlaczego jedna rodzina z Astą przeżyła i normalnie się rozwija? Szukając najprostszych rozwiązań z bardziej prawdopodobnych hipotez, nie znajduję w tym skutków darwinowskich mechanizmów selekcji naturalnej. Przyczynę upatruję w tym, że rodzina ta służyła w sezonie 2018 jako dawca czerwiu i pszczół do odkładów. Na 12 ramkowy ul WZ, dała 12 ramek pełnych czerwiu i 24 ramki strząśniętych pszczół oraz samozakarmiła się na zimę. Miała więc prawdopodobnie, mniejsze niż reszta, porażenie dręczem pod koniec sezonu.

Dane z historii pasieki:
  • 2014/2015: przetrwało/ zazimowane: 0/7 100% zagłady
  • 2015/2016: 3/5 40% śmiertelność
  • 2016/2017: 1/12 92% śmiertelność, 100% na głównym, padły stare rodziny
  • 2017/2018: 12/12 0% śmiertelność, wszystkie przeżyły
  • 2018: 15/20 25% śmiertelności w sezonie ogólnie, 71% śmiertelności starych rodzin
  • 2018/2019: 4/15 73% śmiertelności, 1 rodzina w stanie dobrym

Przychodzi taki moment, że zdrowy rozsądek podpowiada o potrzebie odpuszczenia tego, co się nie udaje. Taki czas właśnie u mnie nadszedł. Jak to mówią, do trzech razy sztuka. Ogłaszam porażkę prób z pszczelarstwem bez leczenia i na razie kończę eksperymenty związane z całkowitym odstawieniem leczenia. Przynajmniej do czasu, kiedy solidnie powiększę i ustabilizuję moją pasiekę. Szacuję w tej chwili, że poniżej 50 uli gotowych do eksperymentu i drugiej podobnej liczbie pni gotowych w odwodzie prowadzonych inaczej, a wszystko przy pełnym opanowaniu przydatnych w selekcji metod prowadzenia gospodarki pasiecznej i hodowli pszczół, w tym matek, nie ma to większego sensu w mojej okolicy. Nadal będę jednak rozmnażał to co mi przeżyło. Nie uważam, że zastosowanie leczenia likwiduje przydatność tych linii matrylinearnych do dalszej selekcji. Celowo nie piszę genetyki, gdyż nie kontroluję ojcowskiej części mieszania genów. Nie sądzę też, że zastosowanie leczenia marnotrawi wcześniejsze wysiłki związane z selekcją i ulokalnieniem pszczoły. Zresztą lokalność pszczoły to temat znacznie szerszy. Być może dla kogoś ten tekst będzie przestrogą lub inspiracją.