Menu

Od pachnicy do rodzimej pszczoły miodnej AMM,

czyli jak wytropiłem melliferę.

Artykuł ten ukazał się w grudniowym numerze miesięcznika Pszczelarstwo w 2020 r. Dziękuję redakcji Pszczelarstwa za poprawki redakcyjne.

W środowisku pszczelarzy zajmujących się chowem i hodowlą pszczół miodnych czasem mówi się, że w Polsce nie ma już dzikiej populacji pszczoły miodnej, a podgatunek Apis mellifera mellifera (AMM), rodzimy dla większości terenów współczesnej Rzeczpospolitej, jest w zasadzie na wyginięciu. Świat pszczelarski oraz miłośnicy innych niż pszczoły miodne gatunków, często używają dla tych gatunków (niejako w opozycji do gatunku pszczoły miodnej) nietaksonomicznego określenia „dzikie pszczoły”. To sugeruje, że pszczoła miodna, jako gatunek, nie jest zwierzęciem dziko żyjącym, zdolnym przetrwać bez pomocy człowieka. A jak sprawa ta wygląda z perspektywy badan naukowych na terenie Polski? Zapytaliśmy o to Andrzeja Oleksę, dr. hab. biologii, profesora Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.

Ilustracja do tytułu
Pachnica dębowa i pszczoła miodna, fot: A. Oleksa

Jakub Jaroński, Konrad Szymański: W swoim dossier o własnych zainteresowaniach pisze Pan oszczędnie: „chrząszcze saproksyliczne, pszczoły i drzewa”. Rozwińmy zatem ten zdawkowy opis: na początku drogi naukowej zajmował się Pan badaniami nad genetyką zagrożonego chrząszcza, potem przyszedł czas na buk pospolity, następnie cis pospolity, potem dąb… Od paru lat przygląda się pan pszczołom. Jak do tego doszło?

Andrzej Oleksa: Można powiedzieć, że zainteresowanie pszczołami po części zaczęło się od pachnicy dębowej (Osmoderma eremita), czyli chrząszcza. Jakiś czas temu zajmowałem się występowaniem tego owada w przydrożnych alejach. Zbierając dane na temat jego preferencji siedliskowych, czyli drzew, jakie wybiera do zasiedlenia oraz miejsc, niejako przy okazji, natknąłem się na dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej. Oczywiście zjawisko tak licznego występowania pszczół w dziuplach starych drzew też mnie zainteresowało, bo wiele słyszałem o szkodach, jakie temu gatunkowi pszczół wyrządza inwazja pajęczaka Varroa destructor (polska nazwa: dręcz pszczeli). Według licznych opinii, pszczoła miodna nie jest w stanie żyć we współczesnym środowisku bez pomocy człowieka, w szczególności bez zabiegów zwalczających wspomniane pasożytnicze roztocza. Powstało więc pytanie: czy pszczoły w dziuplach występują efemerycznie, na przykład jako uciekinierki z pasiek, czy też tam właśnie jest ich miejsce? Dodatkowo intrygujący był aspekt ginięcia naszej rodzimej pszczoły miodnej, czyli podgatunku Apis mellifera mellifera. A więc, gdy znalazłem pszczoły, postanowiłem sprawdzić, do jakiego podgatunku należą. Okazało się, że w ogromnej większości były to reprezentantki naszego rodzimego podgatunku, co na początku też było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Przede wszystkim dlatego, że zdobyta wiedza podpowiadała mi, że jest to podgatunek ginący, którego nie występuje poza zamkniętymi hodowlami zachowawczymi w Polsce. Tymczasem okazało się, że w alejach północno-wschodniej Polski 75 procent próbek pszczół, które udało mi się zebrać, stanowiły właśnie pszczoły AMM. W taki sposób pszczoła została kolejnym obiektem moich zainteresowań. Muszę jednak zaznaczyć, że nie jestem hodowcą pszczół, nie jestem też pszczelarzem praktykiem, dlatego na te tematy patrzę trochę z innej perspektywy.

Jak genetyk?

Odpowiem twierdząco: tak jestem genetykiem, choć chyba bardziej czuję się ekologiem. Obecnie pracuję w Katedrze Genetyki Uniwersytet Kazimierza Wielkiego, ale naprawdę zajmujemy się w zasadzie ekologią molekularną. Interesują nas pewne aspekty filogeografii i badanie procesów ekologicznych przy pomocy markerów DNA. Dlatego nie do końca czuję się genetykiem, gdyż genetyka jest nauką na temat dziedziczenia i ekspresji materiału genetycznego.

Najnowsze Pana badania jednak dotyczą genetyki i cech związanych z dzikimi, lokalnymi populacjami pszczół.

Pewnie nawiązuje Pan do mojego ostatniego grantu, który dotyczy genetycznych podstaw izolacji rozrodczej między występującymi w Europie Środkowej podgatunkami i ich zmieszańcowania. Rzeczywiście, w tym ostatnim projekcie bardziej wchodzę w zagadnienia dotyczące genomu, przy czym celem wciąż jest badanie mechanizmów adaptacji do środowiska czy izolacji rozrodczej między podgatunkami, czyli także zagadnienia ekologiczne.

Wróćmy do obecności pszczół w alejach. Czy według Pana pszczoła miodna to stworzenie dzikie, czy domowe, a może coś po środku, czyli na przykład dzikie zadomowione?

Myślę, że pszczoła miodna to gatunek, który wymyka się wszelkim próbom definicji, wciśnięcia w którąkolwiek z tych przegródek. Ludziom być może wydaje się, że udomowili pszczołę miodną, natomiast ja bym raczej powiedział, że Apis mellifera w pewien sposób korzysta z gościnności człowieka. W gruncie rzeczy te pszczoły są istotami w znacznym stopniu niezależnymi od człowieka, które równie dobrze poradzą sobie w naturalnym środowisku co i w ulu.

W krajowym prawodawstwie pszczoła miodna jest wymieniona jedynie jako zwierzę gospodarskie. Czy nie uważa Pan, że może trzeba ją traktować jako zwierzę dziko żyjące, które może bytować nie tylko w warunkach narzuconych jej przez człowieka?

Zdecydowanie tak, ponieważ jest to zarówno zwierzę gospodarskie, jak i zwierzę wolno żyjące.

Podzieli los jedwabnika?

Niekoniecznie. Podstawowa różnica między tymi gatunkami polega na sposobie rozmnażania. U jedwabnika proces ten można dość łatwo kontrolować, podobnie jak u innych zwierząt hodowlanych typu trzoda chlewna, bydło czy psy. W ich przypadku dobór partnerów do kojarzeń możemy ściśle nadzorować, czyli prowadzić selekcję hodowlaną. Natomiast z pszczołą miodną jest ten problem, że do kojarzenia dochodzi podczas lotu weselnego i właściwie w tym zakresie pszczoły decydują same o sobie. Co prawda, ludzie wymyślili sztuczne unasienianie pszczoły miodnej, które poniekąd rozwiązuje nasze problemy z lepszym kontrolowaniem rozrodu u pszczół, ale i tak, w skali świata, jest to w dalszym ciągu margines. Pszczoła miodna jest takim gatunkiem, który sam decyduje o najbardziej kluczowym etapie cyklu życiowego o sobie.

Polska jest chyba liderem pod względem popularności metody sztucznej inseminacji?


To prawda. Statystyki są wręcz szokujące. Nie pamiętam dokładnych wartości, ale wygląda na to, że jest Polska i jest reszta świata. Strzelam: u nas wykonuje się chyba 90 procent wszystkich sztucznych unasiennień przeprowadzanych na świecie.

Nie wiem, czy zgodzi się Pan z moją hipotezą, że sztuczne unasienianie doprowadziło do „przegranej” podgatunku Apis mellifera mellifera w Polsce. Z badań profesora Woykego, czy innych naukowców zajmujących się hodowlą w latach siedemdziesiątych, wynika, że napotykali problemy podczas hodowli linii pszczół miodnych. Mimo zgromadzenia na trutowiskach wielu pni ojcowskich 70 procent matek ulegało zapłodnieniu tzw. trutniami krajowymi, czyli dzikimi.

Oczywiście, że tak. Nawiążę do mojej publikacji na temat mechanizmów izolacji rozrodczej między podgatunkami. Przeprowadziliśmy eksperyment, w którym wystawiliśmy matki do naturalnego unasieniania. Okazało się, że u pszczół istnieje coś w rodzaju segregacji rasowej. Oznacza to, że pszczoły nie chcą kojarzyć się między podgatunkami i nasze rodzime pszczoły są unasieniane przez rodzime trutnie. Co prawda pszczoły obce, czyli krainki, mieszały się chętniej, ale też nie można wykluczyć problemu dostępności trutni kraińskich w miejscu, gdzie przeprowadzaliśmy eksperyment, jako że okolica była wybitnie zdominowana przez rodzimą pszczołę. Uzyskaliśmy więc wyraźny sygnał, że istnieje coś w rodzaju, przynajmniej częściowej, izolacji rozrodczej między podgatunkami.

Uściślijmy, czy chodzi o pszczołę augustowską i krainkę?

Rzeczywiście w tym eksperymencie brały udział matki z linii augustowskiej. Zostały wystawione na terenie powiatu elbląskiego, który trudno uznać za region występowania linii augustowskiej. A jednak na miejscu, zarówno u pszczelarzy, jak i w środowisku naturalnym, czyli dziuplach drzew, występuje głównie podgatunek rodzimy.

Zdjęcie alei lipopowych
Aleje lipowe na północy Polski to siedliska AMM, fot. A. Oleksa

Wspomniał Pan o drugiej stronie inseminacji: otóż ja także obawiam się, że sztuczne unasienianie doprowadzi do przerwania barier między podgatunkami. Jeżeli chcemy zachowywać rodzimą różnorodność genetyczną pszczół, powinniśmy stawiać na naturalne procesy kojarzenia.


Sztuczne unasienianie paradoksalnie teraz może się stać narzędziem ochrony podgatunków, bo w niektórych przypadkach dzięki inseminacji udało się je uratować, choćby w jakimś stopniu…

Po warunkiem, że będziemy odpowiednio dobierać osobniki do takich kojarzeń. Trutnie, które wykorzystujemy w tym celu powinny być dobrze zweryfikowane pod kątem przynależności do podgatunku.

Na czym polega odrębność genetyczna podgatunku Apis mellifera mellifera?

To jest trudne pytanie. Czy ma Pan na myśli cechy adaptacyjne?

Cechy adaptacyjne też, ale interesuje mnie na ile genetyka pozwala przeanalizować historię tego podgatunku. Z tego co wiem, AMM, jako podgatunek, jest bardziej izolowany genetycznie niż na przykład włoszka.

Rzeczywiście tak jest. Problem ma związek z długą, historyczną izolacją między tymi dwiema liniami rozwojowymi. Niekoniecznie nawet musi wynikać z kwestii adaptacyjnych, chociaż niewątpliwie do jakichś lokalnych adaptacji doszło między tymi liniami, ale bardzo długo były one od siebie izolowane. Określamy je jako „C” i „M”. Można nawet powiedzieć, że są one na dobrej drodze do wzajemnego uniezależniania się od siebie, czyli pełnej specjacji, a zatem przejścia do oddzielnych gatunków.

Czy uważa Pan, że warto przywracać i popularyzować rodzime populacje pszczół? Jaka może być ich przyszłość? Od lat siedemdziesiątych sporo lokalnych ekotypów, na przykład mazurka czy lechitka wyginęło albo rozmyło się w populacji.

To także jest złożony problem. Właściwie z punktu widzenia człowieka pszczoły powinny dobrze wykonywać pracę, której od nich oczekujemy, czyli wytwarzać swoje produkty i zapylać rośliny. Jeżeli jakieś inne podgatunki, czy linie pszczoły miodnej są w stanie robić to równie dobrze jak pszczoły lokalne, a możne nawet lepiej, to można powiedzieć, że istnieje interes gospodarczy czy zainteresowanie ze strony samych pszczelarzy, żeby hodować takie pszczoły, jakie chcą mieć pszczelarze. Skądinąd mam wrażenie, że wraz z zanikiem linii rodzimych tracimy jakąś część zmienności genetycznej, w dodatku nie do końca dobrze rozpoznaną. Być może są to cechy warte uwagi, związane z przystosowaniem do lokalnych warunków klimatycznych, pożytkowych lub z odpornością na choroby. Jako środowisko pszczelarskie ochoczo rzuciliśmy się na zastępowanie naszej rodzimej populacji. To faktycznie może nieco niepokoić. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że w gruncie rzeczy większość problemów, pszczelarstwa, związanych z chorobami i szkodnikami wynika z importu obcych pszczół. Z jednej strony ludzie są ciekawi innych odmian, ale z drugiej strony „import” to często źródło problemu.

W takim razie, co Pan sądzi o takich pszczołach jak elgon, buckfast i primorski?

No cóż, tak jak mówiłem nie jestem hodowcą i pszczelarzem praktykiem, więc nie chciałbym w tej kwestii się wypowiadać, ponieważ są ludzie, w tym pszczelarze, którzy te pszczoły lubią, z jakichś względów. Być może są łatwo jest je utrzymać i na tym polega ich przewaga nad pszczołami rodzimymi. Z drugiej strony, właśnie jako badacz zmienności genetycznej, czuję pewien niepokój, że ginie rodzimy walor.

Pszczelarka i stare ule
Staroświecka pszczelarka na północy Polski utrzymująca pszczoły hobbystycznie bez wymiany matek. Potencjalne siedlisko podgatunku AMM. Fot. Piotr Fiedorowicz

A jak ocenia Pan skuteczność zamkniętych hodowli pszczół: kampinoskiej i augustowskiej. Jest jeszcze linia asta i północna oraz zamknięty obszar hodowli linii dobra. To chyba wszystko, co aktualnie mamy…

Problem polega przede wszystkim na tym, że te obszary są słabo izolowane przez co nie można uchronić pszczół przed napływem obcych genów z zewnątrz. Co prawda pszczoły mają wrodzone mechanizmy wybiórczości kojarzenia, o których wcześniej wspominałem, ale mimo to można powiedzieć, że obszary zamkniętej hodowli są po prostu zbyt małe i za słabo izolowane.

To znaczy, że można byłoby zrobić to lepiej?


Wydaje mi się, że kontrola nad tym, jakie pszczoły ludzie tam trzymają jest za słaba. Naprawdę nie sposób tego w pełni dopilnować, ponieważ brakuje przepisów wykonawczych. W gruncie rzeczy wszystko bazuje na dobrej woli pszczelarzy. Konieczne jest stworzenie przejrzystych reguł i ich przestrzeganie.

Może potrzebna jest lepsza informacja i edukacja, bo wydaje się, że część osób, które trzymają pszczoły na terenie tych powiatów nie wie, że są to obszary hodowli zamkniętej…

Być może, ale przez wiele lat mieliśmy jednak tendencję do umniejszania wartości rodzimych pszczół i równoczesnego promowania pszczół importowanych. Wszystko, co najgorsze przypisywaliśmy naszym pszczołom.

Ma Pan na myśli miodność, agresywność i tak dalej?

Tak. Mimo że nie jestem pszczelarzem, zbierałem materiał w różnych pasiekach. Często spotykałem pszczelarzy, którzy twierdzili, że chociaż zasadniczo utrzymują pszczołę krainkę, to mają kilka bardziej agresywnych rodzin, które podejrzewają, że jest to pszczoła środkowoeuropejska. Zwykle okazywało się jednak, że w gruncie rzeczy w pasiece była tylko pszczoła AMM. Po prostu zmienność zachowania wynikała stąd, że pszczoły pochodziły z różnych rodzin, nie zaś z ich przynależności do określonego podgatunku.

To znaczy, że nie każda ciemna łagodna pszczoła jest krainką i nie każda ciemna, agresywna pszczoła jest środkowoeuropejską?


Na to wygląda.

Oprócz wspomnianych obszarów zamkniętych możemy obserwować się także inne pomysły na odrestaurowanie populacji podgatunku AMM. Mam na myśli współczesne bartnictwo (lub neobartnictwo), czyli powrót pszczoły miodnej do lasu, do dzikich siedlisk, które może spontanicznie zasiedlać i samodzielnie w nich funkcjonować. Jak Pan ocenia to zjawisko?


Odpowiem tak: gdyby bartnictwo było rzeczywiście powszechne, być może byłby to jakiś sposób na odrodzenie populacji podgatunku AMM. Natomiast te inicjatywy zwykle ograniczone są do kilku, kilkunastu siedlisk, przynajmniej w porównaniu z pogłowiem pszczoły miodnej w Polsce, które według aktualnych szacunków przekracza 1,6 mln rodzin pszczelich. W takim układzie kilkadziesiąt rodzin pszczelich trzymanych w barciach niewiele zmienia.

Mam na myśli projekt Bartnicy Sudetów, który zakłada umieszczenie na drzewach minimum tysiąca kłód.


Ta liczba robi już wrażenie i wydaje się, że to może być jakieś sensowne rozwiązanie, jeżeli pszczoły mają tam po prostu żyć… To znaczy, że będą poddane jedynie presji warunków naturalnych i faktycznie same sobą zarządzać.

To nawet nie jest rekonstrukcja bartnictwa w dawnej postaci, które było przecież pewnym rodzajem gospodarki. Projekt Lasów Państwowych zakłada tworzenie siedlisk i obserwowanie, czy pszczoły w nich żyją. Być może przedstawiciele Lasów Państwowych zastanawiają się nad introdukcją pszczoły miodnej AMM do lasów i w przyszłości działaniami obejmą nie tylko tereny Nadleśnictwa Międzylesie…

Kiedy słyszę o pszczołach w lasach muszę nadmienić, że polskie lasy rzadko kiedy zapewniają pszczołom miodnym dobre warunki pożytkowe. Zdecydowana większość współczesnych lasów to stosunkowo ubogie siedliska borowe, gdzie pszczoła właściwie nie ma co jeść, o ile nie będzie latała na pożytki gdzieś dalej. To jest niepokojące i na pewno obniża szansę utrzymania się pszczół w lasach. Jeśli pszczoła poleci gdzieś dalej, pokona dłuższą trasę, co oznacza znaczne straty energetyczne, które obniżą jej szanse na skuteczne przeciwstawianie się różnym warunkom środowiskowym.

Czyli bartnictwo miałoby większy sens w regionach, gdzie lasy są bogatsze? Może w rezerwatach?

Zdecydowanie tak. Albo choćby w układach leśno-polnych. Liczne, dziko żyjące rodziny pszczele występują w alejach przydrożnych w północnej Polsce, a są to jednak tereny stosunkowo żyzne, o dobrych glebach, zajętych pod uprawę. Tam uprawia się bardzo dużo rzepaku, a to sprawia, że pszczoły mają wyśmienite warunki pożytkowe. Zwłaszcza, że same aleje też składają się z nektarodajnych drzew (lipa). Jestem w stanie sobie wyobrazić, że w takich warunkach rodziny pszczele mogą funkcjonować bardzo dobrze. Natomiast kiedy widzę ubogie borowe siedliska na piaskach, na przykład w Borach Tucholskich, Dolnośląskich czy Puszczy Augustowskiej, zaczynam się zastanawiać, czy ma to sens.

Może zatem współcześni bartnicy powinni zacząć wieszać swoje kłody przy drogach, a nie w lasach?

Może niekoniecznie przy drogach, ale większy potencjał widziałbym w siedliskach grądowych, które są zdecydowanie bogatsze, lub w takich mozaikowych układach leśno--polnych. Współcześnie jednak trudno o jakieś większe obszary lasów liściastych. Te tereny, które były nimi pokryte, zostały przekształcone w uprawne, a większość lasów, jakie się nam zachowała, to jednak bory. Dodatkowo o takiej strukturze wiekowej i gatunkowej, która nie za bardzo pszczołom sprzyja.

Podobną opinię usłyszałem od Davida Lutza, jednego z ostatnich hodowców linii kampinoskiej, który powiedział, że dopóki na terenie Puszczy Kampinoskiej były wioski, zamieszkałe przez rolników, prowadzących małoobszarowe gospodarstwa, uprawiając na przykład lucernę, posiadając pastwiska, to pod względem pożytków sytuacja była znacznie lepsza niż dziś, kiedy tereny te porasta głównie sosna.

Według dokumentów dotyczących Puszczy Białowieskiej lub Kresów, czyli terenów wschodniej Polski, należących do nas do II wojny światowej, wynika, że ówczesne pasiecznictwo funkcjonowało w lasach zupełnie innych niż współczesne. W lasach, które były wypalane specjalnie w tym celu, żeby zwiększyć różnorodność, i które były przez człowieka użytkowane, nie w litych monokulturach, nastawionych głównie na produkcję drewna.

To jednak powoli się zmienia… Teraz na przykład na wniosek pszczelarzy Lasy Państwowe zasadziły w Nadleśnictwie Poznańskim ileś hektarów lip, po to właśnie, by zwiększyć bioróżnorodność lasów. Już nie prowadzi się typowych monokulturowych upraw, dosiewa się też inne gatunki roślin.

Tak, to jest przykład pozytywnego wpływu, jaki pszczelarstwo może wywierać na las, przynajmniej w podejściu do ich struktury. Rozumiem, że projekt sudecki będzie się opierał głównie na kłodach, ponieważ kolejny problem, który widzę, to taki, że pnie drzew w lasach mają nieodpowiednią grubość, zbyt mały obwód, by móc dziać w nich barć . Rzadko zdarzają się na tyle okazałe drzewa, żeby dało się w nich zrobić dziuplę. Kłody są lepszym rozwiązaniem.

dzikie gniazdo pszczoły miodnej
Sędziwy dąb szypułkowy zasiedlony przez pszczoły z pogatunku AMM (przebadane przez A. Oleksę) w okolicy Iławy. Zdjęcie wykonane w lipcu 2010 r. - dwa lata później drzewo zostało wycięte, mimo, że rosnąć przy lokalnej drodze nie stwarzało zagrożenia dla ruchu drogowego. Fot. A. Oleksa

Wydaje się, że kłoda raczej nie przeszkadza pszczołom. One w końcu przecież zasiedlały dziuple martwych drzew…

Na pewno. W zasadzie pod tym względem pszczoła miodna ma bardzo dużą plastyczność i zasiedli jakąkolwiek dziurę o odpowiedniej objętości. Dużo dziko żyjących rodzin znajdowałem na przykład w budynkach, różnych zaułkach w miejscach trudno dostępnych. Kolega, który pracuje w muzeum zamkowym w Kwidzynie, od lat obserwuje dziką rodzinę pszczoły miodnej, która gnieździ się gdzieś w wieży gotyckiego zamku.

To jest cały czas ta sama rodzina?


No właśnie, to jest kolejny aspekt problemu, który warto byłoby poruszyć. Często nam się wydaje, że obserwując daną barć mamy do czynienia z tą sama rodziną, czyli że barć jest zasiedlona przez cały czas. Natomiast może być tak, że rodziny się wymieniają. Prawdę mówiąc to zagadnienie też badałem, chociaż wyniki są ciągle w opracowaniu. Rok po roku zbierałem próby z rodzin pszczelich w alejach. Okazało się, że w drzewach, które wydawały się przez cały czas zasiedlone przez jedną rodzinę, rodziny pszczele się wymieniały.

W każdym razie nie były spokrewnione z rodziną z poprzedniego roku. Rodzina mogła w okresie zimowym wymrzeć, a później dziupla została ponownie skolonizowana. Ale skoro jednak mimo wszystko utrzymuje się tam populacja AMM, to te rodziny muszą gdzieś przetrwać.

A może jest tak, że źródłem kolonizacji są pszczoły z pasiek…

Nie stwierdziłem różnic między pszczołami z dziupli i pasiek. Jedne i drugie na tym samym obszarze można przypisać do jednej populacji w sensie genetycznym, czyli że to jest jakaś wspólnota rozrodcza, która stanowi wspólną pulę genów.

W której stwierdza Pan dosyć duży udział podgatunku AMM?

Tak.

Z tego wynika, że pszczelarze muszą utrzymywać te geny w swoich pasiekach.

Zgadzam się. Ludzie mają tam w pasiekach dużo rodzimych pszczół. To jest w ogóle dość typowa sytuacja w północnej Polsce. W Polsce mamy taki bardzo wyraźny gradient, podział. Pszczoły na północy są bardziej rodzime niż pszczoły na południu. Na północnych krańcach Polski rodzima pszczoła ma co najmniej trzy czwarte udziału w puli genowej. Natomiast im dalej na południe, tym więcej jest genów krainki.

Czy to oznacza, że zaprzecza Pan pogłoskom, iż w sensie genetycznym AMM w Polsce jest prawie w zaniku?

Tak jak powiedziałem, większa populacja AMM utrzymuje się na północy Polski, natomiast im dalej na południe, tym silniejsza jest introgresja [krzyżowanie, mieszanie – red.] południowych podgatunków. Zastanawiam się też nad tymi zmianami genetycznymi w kontekście zmian klimatycznych, które obserwujemy. Ciągle powtarzamy, że lokalna pszczoła jest zaadoptowana do lokalnych warunków pożytkowych i klimatycznych, ale w gruncie rzeczy te warunki też nie są stałe, bo klimat stale się zmienia. Zatem może jesteśmy już w takim momencie zmian, że odrobina introgresji południowego podgatunku wcale nie umniejsza szans przetrwania pszczoły na terenie Polski, a być może hybrydyzacja przyniesie nawet jakieś korzystne adaptacje.

Czyli nie wykluczanie naszego rodzimego podgatunku, tylko raczej introgresja z jego udziałem?

Dokładnie tak. To znaczy, że rodzima zmienność genetyczna nie jest czymś, co za wszelką cenę musimy zachować. Uważamy, że w wyniku introgresji nierodzime populacje mogą przekazać naszym jakieś ważne cechy, które choćby w kontekście zmian klimatycznych, mogą okazać się korzystne.

Czyli staramy się zachować główne cechy podgatunku, natomiast nie przejmujemy się ewentualnymi drobnymi domieszkami.

Kolejny raz muszę przytaknąć. Nie oszukujmy się: izolacja między podgatunkami nie jest aż tak skuteczna, że całkowicie powstrzyma przenikanie genów w obydwie strony. Robiliśmy badania na Węgrzech i tam również krainka ma domieszki mellifery. To nie jest tak, że te domieszki idą tylko z południa na północ, ale także na odwrót. Na pewno obszary górskie na południu Polski też są dość interesujące, bo tam ciągle utrzymują się lokalne populacje, a jednocześnie w jakichś chłodniejszych rejonach w dalszym ciągu jest trochę większa szansa na występowanie meliffery. Co prawda nie będzie to mellifera czysta gatunkowo, ale widać, że mieszańcom w górach jest bliżej do mellifery, mimo tego, że jest to obszar w bezpośrednim zasięgu krainki.

Tam też właśnie wykształciła się linia dobra koło Limanowej i ona jest bardzo specyficzna. Nie znam żadnych badań na ten temat, słyszałem natomiast, że ona nie akceptuje obcych matek i generalnie ma zwiększoną higieniczność. Mimo że jest zaliczana do krainek, wykazuje pewne cechy przynależne AMM. Jest to ekotyp, który żyje na styku obydwu podgatunków.

Prawdopodobnie to jest „coś” domieszkami tych obydwu gatunków, ale z przewagą krainki.

Zdjęcie zniszczonej alei lipowej
Wycinka przydrożnych alei. Fot. A. Oleksa

Jak najlepiej badać przynależność pszczół: morfometrycznie czy genetycznie?

Obydwa sposoby mają swoje zalety. Oczywiście zaletą badań morfologicznych, zwłaszcza użyłkowania skrzydeł, jest niski koszt. To jest w zasadzie metoda, na którą każdy pszczelarz może sobie pozwolić. Można zrobić badania morfologiczne, bazując na zupełnie niedrogim sprzęcie i na ogólnie dostępnym darmowym oprogramowaniu. Natomiast metody genetyczne wymagają już zaangażowania wyspecjalizowanego laboratorium. Można powiedzieć, że są droższe, ale też bardziej precyzyjne. Poprzez badanie genów dostajemy informację o pochodzeniu danej pszczoły. Nie możemy jednak zapominać, że na cechy morfologiczne wpływ mają zarówno genetyka jak i warunki środowiskowe. To znaczy, że poszczególne osobniki będą się między sobą różniły nie z powodu odmiennych genów, ale na skutek warunków środowiskowych. Badania morfologiczne obarczone są ryzykiem błędu, jeśli badamy pojedyncze robotnice. Możemy jednak ominąć to ryzyko w ten sposób, że analizie poddamy dużą próbę robotnic z jednej rodziny i weźmiemy pod uwagę średnią. Przyjmuje się, że powinno to być minimum 30 osobników. Jednak w przypadku badań genetycznych możemy wyciągać wnioski już z wyników dla pojedynczego osobnika. Tym bardziej, jeśli zbadamy matkę.

Poza tym u zwierząt istnieją dwa odrębne genomy, mitochondrialny i jądrowy. Jak zadamy sobie pytanie, jaka jest przynależność danej pszczoły, to badając genom jądrowy i mitochondrialny możemy udzielić dwóch różnych odpowiedzi. Ten drugi pokazuje nam pochodzenie wyłącznie w linii matecznej. Na poziomie mitochondriów mamy w Polsce zdecydowaną przewagę krainki, i to nawet na północy Polski. Gdybyśmy oceniali po mitochondriach, to w Polsce mamy mniej więcej po połowie genów krainki i AMM. Natomiast, jeśli weźmiemy pod uwagę genom jądrowy, to mamy trzy czwarte genów pszczoły rodzimej AMM, a w niektórych miejscach nawet więcej. Rozbieżność ta świadczy o tym, że wprawdzie obce matki sprowadzane były masowo, to jednak te matki mogły na miejscu unasieniać się lokalnymi trutniami. Obce geny rozmyły się stopniowo w trakcie kolejnych kojarzeń. Albo też możliwa jest wręcz taka hipoteza, że te obce wtręty z naszej rodzimej puli genowej usuwane są właśnie dzięki jakiemuś doborowi naturalnemu.

Co Pan sądzi o liniach AMM z zagranicy, na przykład niemieckich, szwajcarskich, francuskich, norweskich czy szwedzkich. Czy, jeśli chcielibyśmy restaurować populację tej pszczoły w pasiekach, to powinniśmy sięgać do polskich obszarów zachowawczych lub dzikich siedlisk, czy też sprowadzać zagraniczne linie?

Uważam, że zdecydowanie powinniśmy opierać się na materiale lokalnym. Import pszczół z zagranicy, gdzieś z odległych rejonów, kompletnie nie ma sensu, jeśli chcemy zachowywać lokalną zmienność genetyczną.

Nawet z tego samego podgatunku?

Tak jak powiedziałem: nie jesteśmy jeszcze w takiej sytuacji, że nasza rodzima pszczoła z podgatunku AMM kompletnie już wymarła i musimy posiłkować się sprowadzaniem pszczół z zagranicy. Nasze rodzime pszczoły możemy wyselekcjonować tutaj, na miejscu, i w ten sposób tworzyć linie hodowlane rodzimej pszczoły.

Gdyby miał Pan nieograniczony budżet, jakie badania chciałby Pan przeprowadzić?

Ojej! (śmiech). To gdybanie… Na pewno jednak warto by pójść dalej w kierunku badań nad izolacją rozrodczą między podgatunkami. To była dla nas bardzo interesująca i pouczająca sprawa. Wykazaliśmy wprawdzie istnienie zjawiska, ale nie wyjaśniliśmy mechanizmu izolacji. W rachubę wchodzą tu mechanizmy behawioralne, na przykład takie, że pszczoły różnych podgatunków być może latają po prostu na loty godowe w inne miejsca, ale nie wykluczone, że dzieje się tak w wyniku rozpoznawania się podgatunków.

Tak, to bardzo interesujące. Pan nazywa to segregacją rasową, a ja z kolei ukułem termin: „dyskryminacja seksualna” w ramach selekcji przeciw mieszańcom. To – jak się okazuje – zjawisko, które powszechnie występuje w świecie zwierząt.

Tak, „dyskryminacja seksualna” to może lepszy termin.

AMM jest określana także jako czarna pszczoła, więc to może budzić jeszcze dodatkowe konotacje (śmiech).

Na szczęście albo na nieszczęście, w języku polskim nie ma takiej tradycji, żeby AMM nazywać czarną pszczołą. U nas przylgnęło do niej takie określenie jak „pszczoła środkowoeuropejska”, którego jednak, prawdę mówiąc, nie lubię. Po pierwsze, nie wiadomo co to jest: Europa Środkowa, bo region pod tytułem: Europa Środkowa każdy naród trochę inaczej definiuje. Węgrzy na przykład twierdzą, że to oni są Europą Środkową, a tam zdecydowanie dominuje krainka. Pod tym względem faktycznie lepiej byłoby określać tę pszczołę jako „czarną pszczołę” lub „ciemną pszczołę”. Zdecydowanie wolę zatem łacińską nazwę pszczoły środkowoeuropejskiej, czyli Apis mellifera mellifera. Wtedy nie ma wątpliwości, co mamy na myśli.

Jakub Jaroński 2020 - wywiad autoryzowany

Przygotowywanie publikacji wywiadów wymaga poświęcenia sporo czasu oraz zaangażowania.

Różnice płciowe w zachowaniu się jako interakcja genetyki, środowiska i kultury

Behawioralny dymorfizm płciowy jako konsekwencja sprzężenia zwrotnego dodatniego między tym co wrodzone, a tym co nabyte.


Kacper Jerzy Piwowarek

Celem jaki postawiłem przed sobą pisząc poniższą pracę jest przedstawienie racjonalnego i zgodnego z aktualną wiedzą naukową wyjaśnienia przyczyn istnienia psychologicznych różnic występujących u mężczyzn i kobiet sprawiających, że oczywistym wydaje nam się fakt odmiennego zachowania przedstawicieli przeciwnej płci a tym samym odmiennych ról społecznych przeznaczonych dla kobiet i mężczyzn. Od razu chciałbym zaznaczyć, że moja praca pisemna skupia się tylko na płciach postawowych, czyli na męskiej i żeńskiej, oraz na przedstawicielach naszego gatunku, czyli Homo sapiens. Mężczyzn definiuję jako osobniki produkujące liczne i ruchliwe gamety, czyli plemniki, zaś kobiety jako osobniki wytwarzające pojedyncze, niezdolne do ruchu, ale posiadające materiał zapasowy i mitochondria komórki jajowe. W dalszej części pracy wyjaśnię dlaczego płeć kulturowa, czyli sposób zachowania się osobnika i wchodzenia przez niego w interakcję z innymi osobnikami oraz z otoczeniem wymaga zrozumienia podstawowych biologicznych procesów rządzących życiem każdej istoty u której występuje rozmnażanie płciowe.

Jak wiadomo człowiek jest gatunkiem który wyspecjalizował się w modyfikowaniu środowiska i elementów otoczenia w tak zaawansowanym stopniu, że jego środowiskiem naturalnym stały się warunki wytworzone przez jego przodków. Ze względu na wytworzenie zaawansowanego życia społecznego któremu pod pewnymi względami bliżej do kolonii budowanych przez owady społeczne niż do grup formowanych przez pozostałych przedstawicieli naczelnych, poza materiałem genetycznym dziedziczonym przez rodziców,

osobnik otrzymuje wychowanie sprawiające, że część zachowań jakie wykazuje jest konsekwencją środowiska wytworzonego przez poprzednie generacje.

Można nawet dość do wniosku, że kultura to w istocie nic innego jak hodowla i tresura nowych pokoleń przez starsze, poprzez narzucanie im wartości istotnych z perspektywy historii owej społeczności i wymagań z którymi zderzały się poprzednie pokolenia. Należy jednak pamiętać że człowiek pod tym względem jest wyjątkiem na tle innych form, życia i zanim rozwinął system transferu kulturowego i takiej też formy przechowywania wiedzy za pośrednictwem języka czy pisma, był zwierzęciem takim, jak każde inne. Z tego powodu aby zrozumieć coś tak istotnego jak płeć należy zacząć od podstaw dziedziczenia, aby skończyć na kulturowym przypisywaniu nowym osobnikom pewnych społecznych funkcji przez starsze od nich. Tym samym moją pracę rozpocznę wyjaśnieniem w pełni biologicznego procesu aby móc przejść do procesów kulturowych. Czy tego chcemy czy nie musimy pamiętać, że kultura jest wytworem biologicznego mózgu a tym samym ma swoje źródło w biologii jak każdy inny proces fizjologiczny. I choć wytwory kultury jak również jej transfer nie muszą mieć natury biologicznej, tak zapamiętywanie ich, przyswajanie i wykorzystywanie przez umysł wymaga aktywności układu nerwowego, a tym samym wszystko co wytworzone przez żywy organizm i wszystko czego doświadcza jest procesem stricte biologicznym

Płeć jest wynalazkiem ewolucji pozwalającym na wzajemne modyfikowanie materiału genetycznego organizmów rodzicielskich w celu wytworzenia pokolenia potomnego o nieidentycznym i innowacyjnym zestawie cech. W przeciwieństwie do rozmnażania bezpłciowego ten system reprodukcji pozwala wytwarzać znacznie więcej mechanizmów adaptacyjnych przy równoczesnym identycznym wydatku energii metabolicznej. Największe bogactwo i złożoność procesów płciowych wykazują pierwotniaki czyli jednokomórkowe eukarioty oraz grzyby. Jednak ponieważ moja praca dotyczy człowieka skupimy się na tym co z biologicznego punktu widzenia najistotniejsze jest dla nas. Przede wszystkim wszystkie zwierzęta są organizmami anizogamicznymi, czyli takimi, które posiadają dwie gamety o zupełnie odmiennej budowie. Specjalizacja gamet związana jest nie tylko z budową samych komórek rozrodczych ale również ma wpływ na osobniki je wytwarzające.

Trzeba zacząć od tego, że płcią domyślną jest płeć żeńska.

U wielu gatunków komórka jajowa jest autonomiczna do tego stopnia, że zachodzi zjawisko partenogenezy, czyli możliwość wydania przez samicę potomstwa które z genetycznego punktu widzenia jest z nią genetycznie identyczne. Widać to doskonale u gatunków żyjących w stabilnych warunkach w których skład wchodzą praktycznie same partenogenetyczne samice. Komórka jajowa hipotetycznie posiada wszystko czego potrzeba aby rozwinąć się w zygotę. W takim razie można zastanowić się nad rolą plemnika. Plemnik jest niezwykle prostą komórką, której wszelkie procesy fizjologiczne zostały zredukowane niemal do minimum.

Można nawet porównać męską gametę do wektora wirusowego infekującego w pełni sprawną komórkę obcym DNA

a tym samym zmieniając jej domyślny program i właściwości. Można więc odnieść wrażenie że zapłodnienie to inżynieria genetyczna wynaleziona przez ślepego zegarmistrza doboru naturalnego, zaś osobniki męskie to naturalne GMO pozwalające na przyspieszenie procesów adaptacyjnych w niestabilnym pełnym zagrożeń środowisku. Samce są więc narzędziem do modyfikowania samic. Wszystko to oczywiście zachodzi na poziomie komórkowym, nie wpływając bezpośrednio na zachowanie samych osobników. Trzeba pamiętać o tym, że u wielu gatunków zwierząt nie występuje rozdział gonad na pojedyncze osobniki a tym samym każdy osobnik wytwarza zarówno plemniki jak i komórki jajowe.

U hermafrodytów występuje niewyobrażalna różnorodność zachowań godowych sprawiająca że osobniki mogą produkować oba rodzaje gamet w tym samym czasie, jak również okresowo pełnić rolę samca jak i samicy. Warto zauważyć że zmiana płci i wiążąca się z nią zmiana zachowania związana jest przede wszystkim ze zmianami w zagęszczeniu osobników o konkretnej płci, stabilnością środowiska występowaniem drapieżników albo pasożytów jak również bogactwem łatwo przyswajalnego pożywienia. Wbrew temu co mogłoby się wydawać tym co decyduje o behawiorze osobnika nie jest fakt jakie gamety wytwarza, a przede wszystkim jak wysoki ma wkład w opiekę nad następnym pokoleniem. Oznacza to, że u znacznej ilości zwierząt zdolnych do zmiany płci takich jak płazy i ryby behawior ma stricte ekologiczne źródło.

Kirinchik, CC BY-SA, Wikimedia Commons

Jednak jeszcze bardziej interesująco wygląda przypadek organizmów rozdzielnopłciowych w których pojedynczy osobnik jest nośnikiem konkretnej formy gamet. Zanim przejdziemy do organizmów u których płeć ma podłoże genetyczne chciałbym pokrótce przedstawić zależności występujące u organizmów których rolę determinującą odgrywa wpływ środowiska, np.: temperatury na osobnika w okresie płodowym. U takich organizmów siłą rzeczy nie może być mowy o ,,wrodzonych” cechach płciowych, gdyż przedstawiciele obydwu płci są genetycznie nieodróżnialni. W biologii mamy dwie podstawowe strategie rodzicielskie: typu r i typu k. Strategia typu r oznacza produkcję jak największej ilości potomstwa kosztem zupełnego braku opieki rodzicielskiej, zaś k stanowi jej przeciwieństwo, gdzie choć potomstwo jest mniej liczne to organizmy rodzicielskie starają się zabezpieczyć potomstwo aby zwiększyć prawdopodobieństwo jego przeżycia w nieprzyjaznym środowisku. Wbrew powszechnej opinii koszt wyprodukowania plemników nie jest wcale mniej obciążający od wyprodukowania komórek jajowych ponieważ proces przekształcenia zwykłej komórki w wyspecjalizowany kapsyd wyposażony w niezwykle sprawny ale i energetycznie kosztowny układ ruchu jakim jest wić zasilana przez zestaw mitochondriów zupełnie równoważy koszt materiałów zapasowych. Dlatego najmniejszy dymorfizm płciowy zarówno fizyczny jak i behawioralny występuje u zwierząt opartych na strategii r. Dzieje się tak, ponieważ każdy osobnik sam musi walczyć o przetrwanie, zaś poza uwolnieniem komórek rozrodczych do środowiska osobniki nie muszą w jakikolwiek sposób poświęcać swojego czasu następnemu pokoleniu. W takim wypadku dobór płciowy praktycznie nie istnieje zaś wszelka zmienność wynika tylko z presji środowiska przede wszystkim na najmłodsze osobniki. Płeć zaczyna mieć znaczenie adaptacyjne dopiero gdy zwierzęta praktykują strategię k, czyli któryś z przedstawicieli pokolenia rodzicielskiego jest zmuszony do zaopiekowania się nowopowstałymi osobnikami. Ponieważ opieka nad innymi formami życia bez względu na stopień pokrewieństwa z nimi jest wydatkiem energetycznym i czynnikiem zmniejszającym prawdopodobieństwo przetrwania każdy osobnik rodzicielski stara się ograniczyć własny wkład przerzucając odpowiedzialność na partnera. Powód dla którego statystycznie to samice są bardziej obciążone od samców jest w istocie prozaicznie prosty. Komórki jajowe są nieruchome, a tym samym nie mogą zostać uwolnione z dróg rodnych w taki sposób jak plemniki opuszczają jądra. Właśnie z tego powodu tak powszechne w naturze jest zapłodnienie wewnętrzne. W jego konsekwencji proces fuzji plemnika z komórką jajową zachodzi wewnątrz ciała samicy, a tym samym pozwala samcom na mniejsze ubezwłasnowolnienie.

Jednak doskonale zdajemy sobie obecnie sprawę, że ewolucja doprowadziła do rozwinięcia się wielu mechanizmów adaptacyjnych chroniących samicę przez metabolicznym wyzyskiem ze strony samca. Jednym z nich jest przede wszystkim dobór płciowy. Sprawia on, że

samice są znacznie bardziej wybredne i ostrożne w stosunku do wyboru partnera,

jak również potrafią zmusić go do uległości aby wspierał ją w opiece nad przyszłym potomstwem. Prawdopodobnie to właśnie ten mechanizm sprawił, że samce prowadzą złożone rytuały i walki godowe których celem jest zyskać przychylność samic i równocześnie zniechęcić potencjalnych konkurentów. Przypuszcza się, że wkład energetyczny samców w rywalizację o samicę jest rekompensatą za znacznie większy wkład samic w zapewnienie młodym przetrwania. Wyjątkowo interesujące jest to u ptaków gdzie dymorfizm płciowy jest tym silniejszy im występuje większa dysproporcja w opiece nad potomstwem. Gatunki u których samce i samice w równym stopniu wysiadują jaja i karmią pisklęta są praktycznie nie do odróżnienia zarówno ze względu na ich wygląd jak również repertuar zachowań którymi się wykazują. Z kolei jeżeli przedstawiciel jednej z płci zmuszony jest do wysiadywania jaj, do płeć przeciwna wykazuje nie tylko różnicę w wyglądzie ale przede wszystkim w zachowaniu. Jest znacznie bardziej skłonna do agresji jak również do potencjalnego ryzyka co badacze interpretują jako substytut inwestycji rodzicielskiej. Chociaż wszystko co dotychczas omówiłem jest niezwykle fascynujące i jeszcze bardziej złożone, jeżeli mielibyśmy omówić procesy płciowe w całym królestwie zwierząt (szczególnie u owadów), to można odnieść wrażenie, że ma to niewiele wspólnego z człowiekiem i kulturowymi stereotypami dotyczącymi mężczyzn i kobiet. Aby zrozumieć jak wbrew pozorom jest to silnie związane z tematem przewodnim tej pracy, należy znacznie więcej czasu poświecić ssakom, u których dymorfizm płciowy wynikający z opieki rodzicielskiej nie dość, że jest wybitnie nieproporcjonalny, to w dodatku ma swoje podłoże nie w środowisku ale przede wszystkim w genach.

kolaż ludzkich i roślinnych żeńskich genitaliów

Ssaki swoją nazwę zawdzięczają jednej ze swoich nietypowych cech, jaką jest wytwarzanie przez samice odżywczej cieczy zwanej mlekiem w wyspecjalizowanych do tej funkcji narządach dzięki której może karmić swoje młode we wczesnych etapach jego życia. Inną niezwykle istotną cechą jest żyworodność, czyli mechanizm sprawiający, że młody osobnik przez cały okres życia płodowego jest połączony ze swoją matką i za pośrednictwem jej ciała zdobywa niezbędne do wzrostu substancje odżywcze jak również wydala produkty przemiany materii, siła rzeczy pasożytując na ciele jednego z osobników rodzicielskich. Z tego faktu wynika, że samice są znacznie bardziej fizjologicznie zmuszone do inwestycji w opiekowanie się potomstwem niż samce. Nie oznacza to jednak, że nie rodzą się chętne do opiekowania się młodymi samce, jak również samice pozbawione instynktu macierzyńskiego. Po prostu zgodnie z zasadami doboru naturalnego osobniki żeńskie podlegają znacznie silniejszej presji ewolucyjnej jeśli chodzi o skłonność do inwestowania czasu i zasobów w potomstwo, która u osobników męskich może być korzystna ale nie musi, gdyż wszystko zależy od aktualnych wymagań środowiskowych. Teraz trzeba przejść do tego co najistotniejsze. W przypadku zwierząt u których płeć nie jest determinowana genetycznie tylko wymagania środowiskowe sprawiają, że osobnik wytwarza takie a nie inne gamety nie ma mowy o psychicznej odmienności osobników męskich i żeńskich. Osobniki obydwu płci mają takie same mózgi, tylko fakt w jakim położeniu się znajdują sprawia, że dokonują takich a nie innych wyborów. Ich układy nerwowe działają w dokładnie taki sam sposób, a gonady są takim samym czynnikiem jak każdy inny. Można wręcz odnieść wrażenie że dla mózgów takich zwierząt ich płeć jest dosłownie elementem środowiska w którym przyszło im żyć. To nie system wewnętrzny ale właśnie czynniki zewnętrzne nadały zwierzętom takie a nie inne role których wypełnianie zapewnia ciągłość przekazu materiału genetycznego. Dlatego u dużej części zwierząt jajorodnych zachowania płciowe mają czysto środowiskowy charakter wynikający z strategii adaptacyjnych które są wymagane aby przetrwać. Jednak w przypadku zwierząt u których płeć ma podłoże genetyczne problem jest znacznie bardziej złożony. Właśnie takimi zwierzętami są ssaki i należący do nich ludzie. Płeć determinowana jest przez ostatnią parę chromosomów. Samice mają dwa chromosomy X zaś samce parę dwóch różnych chromosomów XY. Istotny jest tutaj fakt, że chromosom Y który syn dziedziczy po swoim ojcu jest w istocie ,,pusty”. Nie występują na nim żadne istotne geny poza jednym ,SRY, który jest niezbędny do wytworzenia jąder. Oznacza to, że w pewnym sensie osobniki męskie są częściowo haploidalne, gdyż posiadają tylko pojedynczy chromosom X. Co istotne męski potomek dziedziczy chromosom X tylko po swojej matce, co oznacza, że posiada w pełni objawiające się przypadłości, których jego matka była nosicielką. Występowanie podwójnej pary chromosomów pozwala na posiadanie dwóch alleli, czyli wariantów tego samego genu. Sprawia to, że nawet jeśli jeden gen pod wpływem mutacji uległ uszkodzeniu przez co produkowany przez niego enzym jest mniej a może nawet zupełnie niesprawny, to zawsze istnieje jego zapasowa wersja która dostarcza instrukcję zapasową, dzięki czemu uszkodzenia są maskowane a organizm jest tylko nosicielem wad genetycznych, samemu nie doświadczając ich negatywnego wpływu. Jeżeli jednak osobnik posiada tylko jeden wariant konkretnego genu to jego ekspresja nie jest w jakikolwiek sposób stabilizowana lub hamowana przez jego alternatywną wersję na siostrzanym chromosomie. Oznacza to, że u takiego osobnika występuje ekspresja cech bez względu na to czy pod wpływem mutacji uległy usprawnieniu czy uszkodzeniu. 

Trzeba pamięć też że fakt braku tylko jednego chromosomu nie oznacza braku wpływu na aktywność innych genów, gdyż nie można zapomnieć o fakcie jak istotną rolę w procesie kształtowania się nowego osobnika odgrywa współpraca wszystkich genów bez względu na ich przynależność do konkretnego chromosomu. Właśnie z tego powodu istnieje coś ,co nazywamy chorobami genetycznymi sprzężonymi z płcią, których obecność wynika właśnie z wadliwych allelów na chromosomie X. Przykładami modelowymi takich schorzeń są hemofilia, daltonizm, czy dystrofia mięśniowa Duchenne’a, które dotykają praktycznie tylko osobniki męskie ludzkiej populacji. Należy zwrócić istotną uwagę na fakt, że w naszym DNA zakodowane są nie tylko nasze cechy fizyczne, ale również psychiczne. Między innymi bezpośrednio na chromosomie X znajdują się geny kodujące sprawność systemu immunologicznego ale też funkcjonowanie układu limbicznego. Układ limbiczny, nazywany również mózgiem ssaczym odgrywa kluczową rolę w procesach emocjonalnych, aktywności układu nagrody i kary, ale przede wszystkim samokontroli i odporności na stres. Oznacza to, że w zależności od składu enzymów kodowanych przez ten chromosom osoba ma większe lub mniejsze skłonności do impulsywności, zachowań emocjonalnych czy skłonności do agresji. Wszystko to sprawia, że samców ssaków ujawniają się genetyczne innowacje, zarówno te pozytywne jak i negatywne. Ma to ewolucyjny sens. Jeżeli weźmiemy pod uwagę jak poważnie obciążone są samice przy przedłużaniu linii rodowej dochodzimy do wniosku, że częściowe zaburzenie samców działa na korzyść doboru płciowego, pozwalając selekcjonować osobniki męskie względem ujawniających się u nich cech. Jeżeli osobnik mimo częściowej haploidyzacji jest w pełni sprawny a nawet sprawniejszy i zdrowszy niż samica, oznacza to, że jego allele muszą mieć istotną wartość adaptacyjną. Z kolei osobnik upośledzony lub niepełnosprawny nie przekaże dalej swojego niefunkcjonalnego materiału genetycznego, co pozwala ,,oczyszczać” populację z szkodliwych alleli. Rozumiejąc działanie tego mechanizmu możemy spróbować zrozumieć gdzie leży ,,biologiczne” źródło psychicznej odmienności mężczyzn i kobiet. Jest ona dostrzegalna dopiero na poziomie populacyjnym. Jeżeli porównamy do siebie przypadkowych ludzi okaże się, że

losowy mężczyzna może z psychologicznego punktu widzenia mieć więcej wspólnego z przypadkową kobietą niż innym mężczyzną.

Należy pamiętać, że zdecydowana większość mężczyzn posiada stabilne warianty genów na chromosomie X, które są na tyle sprawne, że nie potrzebują buforowania. Kluczowy jest tu jednak aspekt statystyczny, oraz rola jaką odgrywają niezrównoważone męskie jednostki nie tylko w pojedynczych populacjach ale w historii całego ludzkiego społeczeństwa.

Podsumowując pierwszą część pracy poświęconą biologicznej przyczynie występowania u ludzi zarówno fizycznego jak i psychicznego dymorfizmu płciowego chciałbym jeszcze raz wyjaśnić co można uznać za sprzężone z płcią. Ponieważ mężczyźni posiadają tylko jeden chromosom X statystycznie u mężczyzn występuje większe prawdopodobieństwo ujawnienia się zachowań odbiegających od normy. Zarówno takich ułatwiających życie w społeczeństwie jak również je ograniczających czy wręcz uniemożliwiających. Tym samym ,,męskość” to konsekwencja nie posiadania czegoś więcej niż posiadają kobiety, ale wręcz przeciwnie: braku części materiału genetycznego który chroni kobiety przed występowaniem u nich pełnej ekspresji posiadanych zaburzeń. Z tego właśnie powodu choć behawior większości kobiet i większości mężczyzn z genetycznego punktu widzenia jest taki sam, to w męskiej populacji pojawiają się znacznie częściej wyjątkowe osobniki, których repertuar zachowań znacznie odbiega od przyjmowanych przez ową społeczność norm. Dzieje się tak przede wszystkim przez możliwość występowania mutacji w genach odgrywających kluczową rolę w aktywności układu limbicznego.

FreeSVG.org, CC0, via Wikimedia Commons

Kolejna część mojej pracy skupia się na próbie uzasadnienia w jaki sposób mogły się narodzić stereotypy płciowe, które stały się przyczyną dyskryminacji kobiet i wymuszonej wiary w hierarchię ról społecznych, według której mężczyźni i kobiety są tak odmienni jakby stanowili dwa różne gatunki.

Jeśli za punkt wyjścia przyjmiemy fakt, że ze statystycznego punktu widzenia wśród mężczyzn rodziły się jednostki niezwykłe, to w zależności od panujących warunków mogły znaleźć się na samym szczycie hierarchii społecznej, jak również na jej samym dole. Zarówno największymi zwycięzcami jak i zwyciężonymi byli mężczyźni. Dynamika i rywalizacja między tymi ewenementami sprawiła, że to właśnie oni najintensywniej odciskali swój wpływ najpierw na historii swoich plemion a później i państw, organizacji i narodów. Można odnieść wrażenie, że osobniki z częściowym upośledzeniem układu limbicznego objawiającym się obniżoną empatią i większą skłonnością do konkurencyjnych zachowań w niebezpiecznych i niestabilnych warunkach miały znacznie większą przewagę adaptacyjną niż osoby z większą skłonnością do zahamowań. Ponieważ to właśnie te osobniki najbardziej rzucały się w oczy zarówno w pozytywnym jak i silnie pejoratywnym znaczeniu, cechy które reprezentowali zostały uznane za stereotypowo męskie. Tym samym z samego faktu dzielenia płci z tymi jednostkami, chłopiec od chwili narodzin był wychowywany w środowisku, które kazało mu wierzyć, że grzechy i cnoty z których słynęli owi bohaterowie i złoczyńcy są naturalnymi cechami osobowości każdego męskiego przedstawiciela gatunku Homo sapiens. Z kolei wszystkie zachowania będące antytezą owej ,,męskości” takie jak opiekuńczość, wrażliwość, uległość, spolegliwość czy delikatność zostały uznane za typowo ,,kobiece”. Tym samym w naszym gatunku obok doboru naturalnego i płciowego, które występują u innych zwierząt pojawił się również dobór kulturowy, czyli wymuszanie i selekcjonowanie u przedstawicieli danej społeczności cech, które były kompatybilne z aktualnie panującymi wymaganiami społecznymi. Zachowania osobników niestabilnych psychicznie którym jednak dzięki swojej bezwzględności, ambicji i skłonności do ryzyka udało się nie tylko osiągnąć sukces, ale również zdominować otaczających je ludzi, uznawano za idealne do naśladowania dla młodych mężczyzn, a równocześnie oni sami byli przedstawiani jako modelowe obiekty pożądania młodym dziewczętom.

Tym samym kultura utrwaliła stereotyp ,,prawdziwego mężczyzny”

przez pryzmat osobników znajdujących się na granicy psychologicznego spektrum, równocześnie tworząc stereotyp ,,prawdziwej kobiety” jako symbolicznego kontrastu. Siłą rzeczy narodziło się sprzężenie zwrotne dodatnie między wrodzonymi cechami pojedynczych osób a pamięcią kulturową sprawiającą, że mężczyźni aby uniknąć dyskryminacji woleli udawać kogoś kim nie są. Obserwacja tych zachowań wywoływała efekt potwierdzenia i tylko utrwalała stereotyp. Patrząc na rozwój ludzkich społeczeństw w różnych częściach globu z łatwością możemy dostrzec, że w ową pułapkę ról płciowych spowodowanych wyciągnięciem błędnych wniosków na podstawie dowodów anegdotycznych wpadło wiele ludzkich populacji, co tylko pozwala nam myśleć, że mieliśmy do czynienia z konwergencją transferu kulturowego którego powstanie ma swoje źródło w biologii, jednak w zupełnie inny sposób jak powszechnie się może wydawać. Zachowania płciowe występujące u człowieka są jednym z najlepszych obiektów badawczych pozwalających zgłębić fenomen jakim jest komplementarność zapisanych w genach predyspozycji z wpływem środowiska będącego w mniejszym lub większym stopniu projektem osobników naszego własnego gatunku, którzy po prostu narodzili się przed nami.

Na koniec postanowiłem sobie zostawić możliwość zwrócenia uwagi na fakt, jak współcześnie podchodzi się do problemu psychologicznych różnic między mężczyznami i kobietami. Widać wyraźnie podział na liberalną oraz konserwatywną myśl filozoficzną. Konserwatyści starają się podtrzymać stereotyp ,,kobiet z Wenus i mężczyzn z Marsa” z kolei liberałowie przekonują, że stereotypy płciowe to tylko abstrakcyjny konstrukt społeczny. Problem polega jednak na tym, że ani jedna ani druga strona nie ma do końca racji. Osoby reprezentujące pogląd, że różnice między mężczyznami i kobietami są wrodzone, a tym samym że każda kobieta i każdy mężczyzna ma wrodzony repertuar zachowań przyporządkowanych do swojej płci nie znajduje uzasadnienia przy badaniu pojedynczych jednostek, u których ich zachowanie jest raczej efektem warunków na jakie byli wystawieni od urodzenia jak i wpojonych przez opiekunów zasad etyczno moralnych. Z kolei osoby reprezentujące pogląd że płeć nie ma jakiegokolwiek wpływu na behawior mają problem z wyjaśnieniem pojawiających się statystycznych różnic u mężczyzn i kobiet, których próba wyjaśnienia stereotypami sprawia, że nie potrafią uzasadnić dlaczego ten stereotyp jest tak pospolity i wywiera swój wpływ na społeczeństwo od czasów starożytnych. Jednak w momencie gdy połączymy wiedzę dotyczącą genetycznej determinacji płci z transferem i doborem kulturowym łatwo dojdziemy do wniosku, że cechy zapisane w genach pojedynczych mężczyzn który zdominowali świat są w istocie przekazywane nie za pośrednictwem pamięci ale właśnie poprzez struktury kulturowe utrwalające mit tzw ,,toksycznej męskości” która gwarantuje sukces społeczny. Tym samym Patriarchat został zaprószony przez biologię, ale po dziś dzień to właśnie kultura pilnuje aby owe ognisko nigdy nie zgasło.

Tym samym Patriarchat został zaprószony przez biologię, ale po dziś dzień to właśnie kultura pilnuje aby owe ognisko nigdy nie zgasło.


Kacper Jerzy Piwowarek 2020


Bibliografia:

  1. Blum D. Mózg i płeć wyd. Prószyński i S-Ka Warszawa 2000
  2. Buss D. Ewolucja pożądania wyd. GWP Gdańsk 2014
  3. Everett D. L. Jak Powstał Język wyd. Prószyński i S-Ka Warszawa 2019
  4. Harari Y. N. Sapiens od zwierząt do bogów wyd. Literackie Kraków 2018
  5. Plomin R. Matryca jak DNA programuje nasze życie wyd. Copernicus Center Kraków 2020
  6. Ryan F. Tajemniczy świat genomu ludzkiego wyd. Prószyński i S-Ka Warszawa 2017
  7. Spector T. Jednakowo odmienni wyd. Prószyński i S-Ka Warszawa 2015
  8. Sykes B. Przekleństwo Adama wyd. Prószyński i S-Ka Warszawa 2007
  9. Vandermassen G. Kto się boi Karola Darwina? wyd. CIS Stare Groszki 2018

Chów pszczół samotnych - dr Dariusz Teper

Kolejna rozmowa, którą zarejestrowaliśmy na XIV Świętokrzyskim Święcie Pszczoły w 2021 r. w Bałtowie. Naszym gościem był doktor Dariusz Teper. Aktualnie niezależny naukowiec, specjalista od analizy pyłkowej produktów pszczelich, chowu pszczół samotnych, a zwłaszcza murarki ogrodowej oraz specjalista od ekologii zapylania sadów. Z odcinka dowiesz się:

  • Dlaczego pszczoły samotne mogą być efektywniejszymi zapylaczami niż pszczoła miodna?
  • Jak mogą się sprawdzić w chowie?
  • Jaki Pan Doktor ma stosunek do hobbystycznego i edukacyjnego utrzymywania tzw. domków dla różnorodnych owadów zapylających bez pozbywania się z nich pasożytów?

Więcej o biologii i ewolucji zapylania dowiesz się z odcinka Radio Warroza z dr hab. Marcinem Zychem pt: "Ewolucja zapylania kwiatów".

Publikacje naukowe dr Dariusza Tepera: https://orcid.org/0000-0003-2950-2816

Kamera: Emil Gawin z Pasieka Prowincjonalna
Muzyka: https://freesound.org/s/553450/

Wcześniej w pokaście Pszczele Wieści ukazał się także reportaż wideo z XIV Świętokrzyskiego Święta Pszczoły 2021 w Bałtowie, gdzie nagrywaliśmy tę rozmowę:
Jeżeli spodobał się Tobie odcinek możesz postawić mi dobrą kawę lub coś innego: https://tiny.pl/78v2j
Możesz także regularnie wspierać Radio Warroza za pomocą portalu Patronite:

Technologia naprawi to co zepsuła - prof. Jerzy Demetraki-Paleolog

Rozmawiamy z Profesorem Jerzym Demetrakim-Paleologiem, kierownikiem Katedry Ekofizjologii Bezkręgowców i Biologii Eksperymentalnej na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie, specjalistą od genetyki i hodowli pszczół miodnych. Zagrożenia związana z pszczołami i pszczelarstwem to ważny i popularny temat. Dopytuję o kwestie z tym związane. Z tego odcinka dowiesz się:

  • Czy według Profesora owady mają szanse przeżyć człowieka?
  • Co profesor sądzi o selekcji naturalnej i ruchu pszczelarstwa bez leczenia (treatment free)?
  • Czy ekstensywne rolnictwo jest w stanie wyżywić świat
  • Dlaczego w pszczelarstwie potrzebna jest profesjonalizacja.

Więcej o zagrożeniach związanych z pszczołami możesz posłuchać w odcinku podkastu Radio Warroza z fizjolożką pszczół profesorką Anetą Strachecką pt: "Odporność a fizjologia pszczół".

Publikacje naukowe prof. Jerzego Demetraki-Paleologa: https://www.researchgate.net/profile/Jerzy-Paleolog

Kamera: Emil Gawin z Pasieka Prowincjonalna
Muzyka: https://freesound.org/s/553450/

Wcześniej w pokaście Pszczele Wieści ukazał się także reportaż wideo z XIV Świętokrzyskiego Święta Pszczoły 2021 w Bałtowie, gdzie nagrywaliśmy tę rozmowę:
Jeżeli spodobał się Tobie odcinek możesz postawić mi dobrą kawę lub coś innego: https://tiny.pl/78v2j
Możesz także regularnie wspierać Radio Warroza za pomocą portalu Patronite:

Przychodzi pszczoła do lekarza

Odcinek specjalny podkastu Pszczele Wieści Q&A z doktorką nauk weterynarii Anną Gajdą z cyklu "Przychodzi pszczoła do lekarza" w którym na pytania zadawane przez słuchaczy podkastów Pszczele Wieści, Radio Warroza i czytelników czasopisma Pasieka odpowiada Anna Gajda.

Anna Gajda jest kierowniczką Pracowni Chorób Owadów Użytkowych i Katedry Patologii i Diagnostyki Wetrynaryjnej w Instytucie Medycyny Weterynaryjnej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Jest członkinią zarządu europejskiego międzynarodowego Stowarzyszenia non-proft COLOSS (Prevention of honey bee COlony LOSSes), którego naukową misją jest zapobieganie podwyższonym stratom rodzin pszczelich.

Poprzednie odcinki z weterynarką Anną Gajdą ukazały się w Radio Warroza pt.: "Choroby i patogeny pszczół" oraz "Nosemoza C".

Profil Naukowy Anny Gajdy: https://sciprofiles.com/profile/1046034

Formularz do zadawania pytań na stronie Pasieki: https://tiny.pl/whfxj.

W podkaście wykorzystano ścieżkę dźwiękową sonically_sound oraz utwór Unsorted zespołu Sawdust.

Rozdziały:
  • 00:00:00 Wprowadzenie

  • 00:04:58 Marek Kazanowski: Widzenie barw przez pszczoły, a kolor dręcza

  • 00:07:04 Bartek Maleta: Pszczelarstwo bez leków

  • 00:19:40 Komentarze z social mediów

  • 00:36:51 Problem przenoszenia się pszczół i dręcza

  • 00:41:17 Warroza: Preparaty homeopatyczne

  • 00:48:13 Leki niezarejestrowane a suplementy

  • 00:56:21 Leki legalne zagranicą

  • 00:59:52 Czy zgnilec nadal jest zwalczany z urzędu?

  • 01:04:50 Sawdust - Unsorted

Jeżeli spodobał się Tobie odcinek możesz postawić mi dobrą kawę lub coś innego: https://tiny.pl/78v2j
Możesz także regularnie wspierać Radio Warroza za pomocą portalu Patronite:
Kij Anny wsadzony w przysłowiowe mrowisko.